Lata 90. ubiegłego wieku to czas trudny w Polsce pod wszelkimi względami, społecznie, politycznie i gospodarczo. Wiem to teraz, jako dorosły mężczyzna, ale nawet wtedy, jako małolat, mgliście zdawałem sobie sprawę, że niełatwo się żyje w tej części świata. Trudności nie ominęły oświaty, a najbardziej było to bodaj czuć w szkołach wiejskich.

Moja wiejska szkoła podstawowa

mieściła się w dwupiętrowym budynku z czerwonej cegły, największym w całej miejscowości, wybudowanym jeszcze za Prusaka. W niej osiem, a potem dziewięć pomieszczeń, nie licząc klatki schodowej ze skrzypiącymi schodami, a pod nimi mikroskopijna nibyszatnia. W tych ośmiu czy dziewięciu pomieszczeniach musiało zmieścić się osiem przedreformowych klas i jedna grupa przedszkolna, i pokój nauczycielski. Potem także gabinet dyrektorski. Więc się nie mieściło i klasy trzeba było łączyć. We wszystkich latach począwszy od drugiej klasy mój rocznik był łączony najpierw z rocznikiem o rok starszym, a potem z rocznikiem o dwa lata młodszym. Nauczyciel w czasie 45-minutowej lekcji musiał więc zrealizować materiał dwóch roczników, często z dwóch różnych przedmiotów.

Na początku mojej szkolnej kariery, gdy wiek szkolny osiągnęły wyże demograficzne końcówki lat 80-tych, szkoła liczyła sobie ponad osiemdziesięcioro uczniów i przedszkolaków. Gdy byłem w ostatniej, szóstej klasie, było ich około trzydzieścioro.

Do mniej więcej połowy mojego pobytu w szkole nie było toalet z prawdziwego zdarzenia, a jedynie wolnostojący budyneczek jakieś 20 metrów od budynku szkoły. Nawet murowany. Szatni do przebierania się przed zajęciami WF nie stwierdzono. Rozumie się samo przez się, że w szkole nie było sali gimnastycznej. Za miejsce do ćwiczeń fizycznych służyła największa sala, zwana dobrodusznie “dużą klasą”, w której na ścianach znajdowały się drewniane drabinki do gimnastyki. Dostępna tylko gdy największa liczebnie klasa – a demografia sprawiła, że była to zwykle ostatnia klasa – skończyła już zajęcia. Alternatywą było pomieszczenie, w którym odbywały się wszystkie inne lekcje. Składało się wtedy piętrowo wszystkie stoły i krzesła na bok sali, i można było ćwiczyć. Nie było oczywiście mowy o sportach grupowych, możliwe były wyłącznie proste ćwiczenia gimnastyczne.

Matematyk uczył też fizyki i chemii (przedmiot o nazwie przyroda to wynalazek postreformowy). Geograf oprócz geografii uczył biologii, techniki i wuefu. Polonistka uczyła też historii i rosyjskiego. Bywało, że nauczyciele tak zapamiętali się w omawianiu spraw tej jakże rozległej placówki, że nie wychodzili z pokoju nauczycielskiego na zajęcia. Na matematyce po odbębnieniu zaplanowanego na dany dzień tematu, ci którzy rozwiązali wszystkie zlecone zadania siadali do szachów, rozgrywając partie pomiędzy sobą i z matematykiem, co wydaje się pozytywem. Byłem jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym uczniem w klasie z tego przedmiotu. O co nie było trudno w grupie 12 dzieciaków.

Wszystko to za życia zapewne większości czytających te słowa.

Z takiej mocno zakorzenionej w czasach minionych placówki, liczącej kilkudziesięciu uczniów, trafiłem we wrześniu roku 2000, więc na cztery miesiące przed końcem wieku i tysiąclecia,

do nowo utworzonego gimnazjum

w oddalonej o 10 kilometrów miejscowości z prawami miejskimi. Nie znałem wtedy i nie znam teraz liczby uczniów, ale na podstawie liczebności swojej klasy i liczby klas równoległych i wyższych, szacuję, że do mojej nowej szkoły uczęszczało mniej więcej pół tysiąca młodzieży.

To był dla mnie szok. Znacznie wcześniejsza pobudka, odległość i konieczność dojazdów, które pomimo małej odległości zabierały 40 minut, ponieważ autobus przebywał wszystkie okoliczne drogi i dróżki, nieporównywalny z wcześniejszym hałas – to wszystko było przytłaczające. Z tych i innych powodów gimnazjum wspominam najgorzej ze wszystkich instytucji edukacyjnych, w których przyszło mi się kształcić (wliczając w to uniwersytety). Jako człek dorosły w czwartej dekadzie życia, spoglądający inaczej na przyszłość, teraźniejszość i przeszłość, nie mogę nie dostrzec zmiany jakościowej, która dokonała się w moim życiu na przełomie milleniów.

Zajęcia z wuefu prowadził nauczyciel, który ukończył wychowanie fizyczne oraz był czynnym sportowcem – koszykarzem – w sali gimnastycznej, w której można było ćwiczyć sporty drużynowe z zachowaniem zasad BHP. Dostępna była jeszcze jedna salka używana tylko do ćwiczeń stacjonarnych i gimnastyki. Geograf ukończył geografię, polonistka polonistykę, matematyk matematykę, a biolog biologię. I wszyscy uczyli “swoich” przedmiotów. Co prawda początkowo odstawałem nieco od klasy i często słyszałem, że zagadnienie nie będzie omawiane, ponieważ powinno być znane z poprzedniej szkoły, choć nie miałem pojęcia o czym była mowa. Jednak z czasem odnalazłem się i dogoniłem resztę. Szatnia, choć ciasna, istniała, podobnie jak osobne szatnie do wuefu i toalety. Wszystko było większe, bardziej funkcjonalne i nieco lepszej jakości, choć to nadal nie była oczywiście szkoła na miarę wieku XXI, to w porównaniu z moją wiejską szkołą podstawową, był to skok cywilizacyjny.

Gimnazja zostały ustanowione

w ramach reformy edukacyjnej,

jednej z czterech wielkich reform roku 1999. W założeniu miały wyrównywać poziom edukacji dzieci z różnych rejonów kraju, zwłaszcza niwelować różnice pomiędzy młodzieżą miejską i wiejską. Miały dać szansę tym drugim na dostanie się do dobrej szkoły średniej poprzez przeniesienie ich do z reguły lepiej przystosowanych do edukacji budynków, lepiej wyposażonych edukacyjnie i z lepszą, bardziej wyspecjalizowaną kadrą. Podnoszono też w debacie publicznej korzystny efekt uboczny w postaci oddzielenia bezbronnych dzieci od agresywnych i zapalczywych nastolatków.

Przeciwnicy powstania gimnazjów argumentowali, że staną się one siedliskiem wszelkiego zła, które może dotknąć nastoletni organizm, a cały pomysł trąci myszką, bo ewidentnie jest wyrazem tęsknoty za zmitologizowanym okresem międzywojnia, gdy gimnazja istniały. Zabierało się – utyskiwali – dzieci wkraczające w najbardziej burzliwy wychowawczo i biologicznie okres w życiu z bezpiecznego środowiska, w które zdążyli wrosnąć i skupiało się je w jednym miejscu. Zanim przystosowały się do nowych warunków, musiały znowu zmieniać otoczenie. Poziom nauczania miał spaść z tego powodu, ale też w pierwszym okresie ze względu na organizacyjny chaos. Pojawiały się sugestie, iż otwarcie gimnazjów miało związek z akcesją Polski do Unii Europejskiej – mieliśmy zbyt mało obywatela z wykształceniem ponadpodstawowym, a obowiązkowe gimnazjum zwiększało ten wskaźnik ku uciesze UE.

Gdy gimnazja zaczęły już działalność ubolewano nad tym, że młodzież marnowała ogrom czasu, żeby dojeżdżać do szkół oddalonych o kilometry organizowanymi naprędce słynnymi gimbusami, które miały być nowymi autobusami pomalowanymi jednolicie na jasno pomarańczowo, a skończyło się na jakich bądź klekotach, którymi dysponowała gmina. Jak pokazał czas, nie odgrodzono też dzieci od nastolatków, gdyż realia lokalowe w wielu miejscowościach wymusiły utworzenie gimnazjów w tych samych budynkach, w których funkcjonowały już szkoły podstawowe. Programy i podręczniki nie były dopracowane w stu procentach.

Mimo tych wszystkich wad i obaw,

które swoją drogą nie były ograniczone do gimnazjów, nowy system funkcjonował. Kadry się dostosowywały, uczniowie i nauczyciele jednako. Jakość kształcenia 15-latków, a więc uczniów gimnazjów na tle innych państw wypadała począwszy od połowy pierwszej dekady wieku co najmniej nie najgorzej. W każdym teście PISA, sprawdzającym umiejętności matematyczne i czytanie ze zrozumieniem wyniki polskich uczniów oscylowały wokół średniej, a gdy gimnazja okrzepły, Polska wspięła się w roku 2012 do pierwszej dziesiątki krajów z najlepszymi wynikami.

Wyniki testów PISA na przestrzeni lat

Liczba osób z wykształceniem ponadpodstawowym rzeczywiście wzrosła. Ale to się nie liczy, bo to unijny spisek.

Po tym przydługawym wstępie czas na

clue:

gimnazja po początkowym chaosie organizacyjnym zaczęły kształcić na przyzwoitym poziomie, gdy porównać z wynikami nastolatków z innych państw rozwiniętych. Młodzież w wieku, który zaczęto nazywać gimnazjalnym przechodziłaby burzliwy okres w każdej szkole, a problemy z nią nie różniły się od tych wcześniej spotykanych, gdy podział na szkoły był inny. Czy prosta zmiana momentów, w których uczeń zmienia szkołę i otoczenie te problemy rozwiąże? Czy warto było poświęcić kilka roczników, aby tę zmianę przeprowadzić? Czy pieniądze, które wydano na tę zmianę nie byłyby wydane roztropniej w inny sposób?

To epitafium nie przejawia cech klasycznego epitafium. Brnę w nie jednak po to, żeby wyrazić swoje ubolewanie z powodu końca projektu, który był nieidealny – jak wiele projektów w kraju nad Wisłą – ale jednak zasypał choć po części rozziew pomiędzy edukacją wiejską i miejską. Gdyby nie reforma wprowadzająca gimnazja, spędziłbym dwa dodatkowe lata w tym samym budynku, w tych samych warunkach, z tymi samymi nauczycielami, w szkole, która odstawała jakościowo od szkół z większych miejscowości, a moja przyszłość może byłaby inna. I choć dowód anegdotyczny to żaden dowód, nie mam wątpliwości, że w moim przypadku, człowieka wychowanego na terenach wiejskich w latach 90-tych ubiegłego wieku, gimnazjum wpłynęło dodatnio na wczesną edukację.

Choć tę cechę epitafium zachowałem – oparcie na osobistym, bliskim kontakcie ze zmarłym.